Wacław Dziedziul 1910-1968

Młodość

Wacław Dziedziul urodził się 13 grudnia 1910. Ojciec Konstanty był lekarzem w Pińsku zmarł w 1910 roku. Matka Maria z domu Świetlicka zmarła w 1945 roku. Zdjęcie rodziców oraz zapiski z ( drugiej strony) zdjęcia.

W 1929 ukończył gimnazjum im. Joachima Lelewela w Wilnie. Rozpoczyna studia na Uniwersytecie Stefana Batorego, indeks który ukończył na wydziale prawa w 1933 roku tablo. Był w szkole podchorążych artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Został porucznikiem rezerwy z macierzystym pułkiem – Pierwszy pułk artylerii lekkiej Legionó w w Wilnie. Po trzyletniej aplikacji w latach 1935-1938 i po zdaniu egzaminu sędziowskiego pełnił obowiązki sędziego w Sądzie Grodzkim w Brześciu od 1938 nominacja.

Wojna

W 1941 roku pracuje w majątku Bolcieniki /grób Wereszczakówny/. W 1943 przeniesiony do Gojcieniszek gdzie pracuje w młynie. W nocy szkoli młodych ochotników AK. ,,Nazywano go komendantem tamtego oddziału AK’’ /wspomnienia jego siostry Janiny/. Miał pseudonim ,,Szalony’’.

Historyk prof. Ryszard Kiersnowski opisując zamek w Gojcieniszkach wspomina www.promemoria.pl/arch/2004_10/legenda.html
,,W rezultacie na kartach ,,Pana Tadeusza" dokonało się przeistoczenie Gojcieniszek w Soplicowo z dworem i z zamkiem''
,, Po raz trzeci wreszcie, a zarazem po raz ostatni gojcieniski zamek stał się widownią i areną działań wojennych przeprowadzonych w noc noworoczną 1944. Stacjonował w nim wtedy garnizon litewski należący do formacji wspomagającej siły niemieckich okupantów Ľdworach i miasteczkach formowały się właśnie struktury Armii Krajowej potrzebujące przede wszystkim broni. Litewska załoga Gojcieniszek była stosunkowo nieźle uzbrojona, powstał więc plan opanowania zameczka, zdobycia broni i przegnania Litwinów. Zadanie podjął i przeprowadził kilkunastoosobowy oddział AK złożony z uczestników kursu szkolącego młodszych dowódców, dla których napad na Gojcieniszki miał być zarazem rodzajem egzaminu. Tak się też stało: żołnierze przebrani za chłopów powracających z wesela podjechali saniami pod wejścia do zamku, zlikwidowali wartownika, wbiegli z obu stron na piętro, gdzie w wielkiej sali znajdowało się główne pomieszczenie Litwinów i po krótkiej walce zmusili ich do poddania się lub ucieczki. Broń została zdobyta, egzamin złożony acz okupiony śmiercią jednego z żołnierzy. Gojcieniszki na krótki czas znalazły się w rękach Armii Krajowej, a widomym śladem tej akcji pozostała wyrwa w zamkowej podłodze powstała od wybuchu granatów.''

Współpracuje z Ks. Giedyminem Pileckim. W chwili śmierci ks. Pileckiego odnaleziono list z wnioskiem o odznaczenie Wacława Dziedziula. Wacław odmawiał upublicznienia jego działalności. Dokumety po Giedyminie Pileckim znajdują się w Archiwum w Olsztynie

Więzienie i łagry

W 1944 po wejściu bolszewików zostaje złapany i przesłany do więzienia w Mińsku. Zmienia swój życiorys. Odtąd jest synem krawca urodzonym 15 grudnia 1910. Zostaje wysłany do łagru w obwodzie Gorkowskim do stacji Suchobezwodna. Według przekazanych relacji po roku waży około 35 kilogramów. W łagrach służba więzienna gra o życie skazanych. Przegrany wykonuje egzekucje. Wacław przegrywa swoje życie. Druga wersja mówi, że to skazani przestepcy/bankowcy/ grają stawiając życie swoich współtowarzyszy. /kompleks Unżłag NKWD obejmował obozy położone w rejonie rzeki Unży w obwodzie gorkowskim gdzie zajmowano się głównie wyrębem lasów/. Pracuje tam od 14 X 1945 roku do 18 VIII 1949 roku wypis.

Wiemy, że Obuch Woszczatyński, który pracował w szpitalu od "bankowców" nauczył się gestu który mógł uratować życie. Wiemy od jego syna, że raz uratował komuś w ten sposób życie. Obaj po wojnie spotykali się wielokrotnie. O zażyłosci ich relacji świadczy fakt, że Wacław był ojcem chrzestym młodszego syna Obucha Woszczatynskiego zdjecie.

Dzięki uprzejmości córki Pana Leonard Ejtminowicza (Teresa Falkowska) dostałem te oto niepublikowane wspomnienia

Ojciec przebywał wówczs w tamtejszym szpitalu i tak to opisał w swoich wspomnieniach z tego okresu (r.1945): Pewnego dnia, kiedy rano obudziłem sie, zobaczyłem siedzącego w kucki na podłodze człowieka rozmawiającego z kimś. Usłyszłem słowo Lida. Uniosłem głowę i zapytałem, czy on jest Polakiem. - Tak! - odpowiedział uradowany. - Chodź tu do mnie pod koc! Wskoczył jak zając. Był strasznie zziebnięty. Zacząłem pytać, kto - skąd - za co. Wyznał, że był w Wilnie sędzią, złapany koło Lidy, z AK. Nazywał się Dziedziul. W aktach swoich uchodził za pielęgniarza. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo. Byłem już nie sam z Polski. Przed śniadaniem spotkałem na korytarzu lekarza i prosiłem, by zrobiono miejsce Dziedziulowi koło mnie. Lekarz spytał - Czy to Polak? - Tak - odpowiedziałem. Uśmiechnął się i poszedł do siebie. Wezwano Dziedziula do niego, a w międzyczasie pielęgniarka zabrała pościel Sałtana, przeniosła na wolne miejsce, a koło mnie przyniosła czyściutką pościel. Dziedziul leżał obok mnie. Gadania nie było końca.

Dziedziul umiał doskonale nabijać sobie temperaturę, dzięki czemu i on unikał wypisania ze szpitala. Po jakimś czasie lekarz lekarz zezwolił mu roznosić lekarstwa chorym i mierzyć temperaturę. Tak dotrwaliśmy do maja [1946r. - przyp. mój T.F.]. Wiosna przyszła nagle. Za dwa tygodnie od mroźnej zimy nagle słońce zagrzało, słychać było szum wód w strumieniach, śnieg nikł i stało się zupełnie sucho. Wtedy dr Cwietkow kazał nam iść do lekkiej pracy. Mieliśmy za zadanie montować z dwu pałeczek i sprężynki uchwyty do suszenia bielizny. Ustawiono ławeczkę przed barakiem od strony dobrze przygrzewającego słońca. Chodziliśmy w bieliźnie. Na pytanie, ile mamy zrobić tych uchwytów,dr powiedział: ile chcecie, od dwóch do dwudziestu, byle byście siedzieli nad tymi uchwytami na powietrzu. Było ciepło i przyjemnie. [Tatuś opowiadał, że siedzieli całymi dniami na tej ławeczce, pstrykali leniwie te uchwyty, rozkoszując się słońcem i gawędząc ciekawie. Przyp. T.F.] Ale krótko to dobre trwało. Rozdzielono nas. Lekarz wyjaśnił, że już dłużej nie może nas trzymać w baraku dla chorych. Mnie odesłał do sąsiedniego baraku, dla ozdrowienców, odległego o 20m, a Dziedziula do drugiego, też o 20-30m, z tym, że już miał prawo nawet wykonywać zastrzyki podskórne, a potem i domięśniowe. Szybko awansował. Spotykaliśmy sie w ciągu dnia kilka razy. Po przeniesieniu mnie do nowego baraku zostałem umieszczony w małym pokoiku. Było nas tam trzech. Jakiś muzułmanin starszy i młody człowiek imieniem Jura, reżyser filmowy z Moskwy. Lekarzem był tu starszy, jowialny Grigorij Abramowicz - Brocki, Żyd. Do mnie był życzliwie ustosunkowany. Był już czerwiec, kiedy wpadł do mnie zdenerwowany Dziedziul i powiada: - Wiesz co, lekarz kazał mi zrobić zastrzyk dożylny choremu. Przy tym zaciągał sie papierosem co chwila. Boję się - powiada - nigdy tego nie robiłem. Mówię do niego, że przecież na studiach prawniczych chyba uczą czegoś z medycyny. - Guzik z tego, potrafię tylko odróżnić denata, który się powiesił, a nie umarł normalnie. Pytam, kto to taki, ten chory, któremu ma zrobić zastrzyk. Powiada, że jakiś starszy Uzbek. - A jakie ma żyły - pytam. - Jak powrozy- powiada. - No to czego sie denerwujesz. Wal śmiało, a dokładnie. Poszedł do swego baraku. Po godzinie biegnie roześmiany. - Wiesz - powiada - poszło od razu, miał dobre żyły.

Byłem przytłoczony. Przeżywałem kryzys. 1 listopada, w dniu Wszystkich Świętych 1946r., poszedłem do "kawecze" {kulturalno-wychowawczy) wieczorem na próbę, która miała odbyć się z okazji nadchodzącego "października". Przeglądałem nuty, instrumenty, gdy nagle usłyszałem, jak ktoś zdyszanym głosem pytał "Gdzie jest Ejtminowicz?". Ktoś tam wskazał, gdzie byłem. Wpadł zdyszany prof. de Latour, Francuz, pełniący tu funkcję gońca, łącznika między komendą obozu, a więźniami. " Rzucaj, Ejtminowicz, te bałałaajki do diabła, chodź prędzej - wywołują cię na wolność!" Przy tym rzucił mi się na szyję, całując w policzki gratulował, a ja stałem jak słup, osowiały, nie wierząc mu. - Nie może być! - wyjąkałem, a on na to pchnął mnie do drzwi ponaglając, bym natychmiast zabrał swoje rzeczy z przechowalni, bo jutro skoro świt wywiozą mnie stąd. Oszalałem z radości! Pobiegłem do Dziedziula, przegadaliśmy do północy. Pożegnałem się z lekarzami moimi, z bliższymi sąsiadami i juz nie mogłem zasnąć. Dziedziul wcisnął mi na pożegnanie kilka rubli. Nie chciałem przyjąć, na siłę wsunął mi do kieszeni mówiąc, że w długiej podróży przydadzą mi się. Pan Jura, reżyser z Moskwy, napisał parę słów do matki i prosił, bym doręczył. Nakreslił plany, gdzie mieszka. Było to blisko centrum Moskwy.

Wacław trafia do szpitala w i w latach 1950 do 1955 pracuje we Wdowińskim szpitalu w Nowosibirskim obwodzie. Zachował sie wypis ( tłumaczenie) oraz książeczka pracy ( tłumaczenie całej książeczki.)

W życiorysie z 1956 tak pisze o swoich obowiązkach: ,,w ambulatorium analizy, przyjmowałem porody (również patologiczne) z zaszywaniem międzykrocza, wykonywałem sam funkcje: przy ,,ascitis ‘’jamy brzusznej /tj. puchlina brzuszna/, ropnym zapaleniu opłucnej, przecinałem abscessy, flegmeny, prowadziłem punkt apteczny. Zastępowałem kierownika szpitala w czasie jego wyjazdów’’.

Podobno przeprowadził na sobie operacje wyrostka robaczkowego patrząc w lustro.

Koniec wojny

Wraca do Polski dzięki staraniom swojej siostry i dostaje ( kartę osiedlenia) 10.09 1955 w woj. bydgoskim jako obywatel ZSRR . 4 lutego 1956 zdaje egzamin na felczera i dostaje świadectwo.

W 1957 roku dekretem Ministra Sprawiedliwości został mianowany asesorem sądowym a uchwałą rady Państwa z 20 XI 1958 roku powołany na stanowisko Sędziego Sądu Powiatowego w Elblągu. Z dniem 31 X 1964 roku na własną prośbę dekretem Ministra Sprawiedliwości został zwolniony z wymiaru sprawiedliwości.

Pracuje jako radca prawny do śmierci 12-13 XII 1967 roku. Umiera w szpitalu w Szczecinie kilka dni po operacji nerek. Według relacji był poważnie chory na gruźlicę nerek i płuc. Miał usuniętą część nerki.

Wiadomo, że dwa trzy lata wcześniej dostaje wiadomość o skierowanym przeciw niemu aktu oskarżenia (?) aresztowania (?). Od tego czasu żyje w lęku o życie swoje i swojej rodziny.Czy uda się to ustalić? Wg. informacji ks Franciszka Misiewicza w rozmowie telefonicznej mówi ,,Sowieci mnie szukają. Módl się za mnie''. Podobno miała być to zemsta Sowietów, że nie udało się go dopaść w 1939 i zmylił NKWD przez cały okres łagrów.

W okresie 7 grudnia 1967 w wypadku samochodowym ginie jego przyjaciel Ks. Giedymin Pilecki mieszkający w tym czasie w Elblagu, ,,nim przybył na Warmię, 4 lata spędził w łagrach sowieckich. W 1949 został mianowany wikariuszem przy parafii NSJ w Olsztynie i po kilku miesiącach pracy duszpasterskiej ponownie osadzono go w areszcie w Łęczycy k. Łodzi, a następnie w samej Łodzi. Zwolniono go dopiero po 15 miesiącach. Była to swoista "nagroda" za organizowanie tajnego nauczania, okazywanie pomocy partyzantom, udzielanie schronienia Żydom.''

W większości zachowały się oryginalne dokumenty lub odpisy z archiwów Uniwersytetu i Gimnazjum. Z czasów partyzanckich i ze szpitala we Wdowinie zachowały się zdjęcia.

Materiały zostały darowne do Muzeum. Niestety ciągle są pytania bez odpowiedzi.

Zdjecia.

Karol Dziedziul