22-09-2008
W wywiadzie Bogdana
Borusewicza dla „Rzeczpospolitej” („IPN
nie może podsycać złych emocji”, 19 września 2008 r.) znalazły się opinie,
które z uwagi na ich wypaczony obraz i krzywdzący charakter nie powinny
pozostać bez komentarza - pisze dr Sławomir Cenckiewicz.
Marszałek Borusewicz po raz kolejny
próbuje zdyskredytować moją osobę twierdząc, że jestem politykiem, ale niestety
nie podaje żadnych argumentów na potwierdzenie swojej tezy. Podobnie rzecz się
ma z opinią, że twierdzę rzekomo, iż Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża powstały
przeciwko Komitetowi Obrony Robotników. Tutaj znów zabrakło konkretów – gdzie
pisałem w ten sposób, w jakiej publikacji?
Od kilku dni Borusewicz zarzuca mi też
kłamstwo, gdyż twierdzę, że zarówno on osobiście (15 września), jak i
przedstawicielka jego biura – Małgorzata Gładysz (10 września) interweniowali w
kierownictwie gdańskiego IPN w sprawie zapraszania na nasze imprezy edukacyjne
małżeństwa Gwiazdów. Tego typu praktyki przypominają zgoła inną epokę, a styl i
forma, w jakiej to uczyniono, świadczą o emocjonalnym traktowaniu tej sprawy
przez marszałka. Zresztą obie interwencje doczekały się stosownych notatek
służbowych, które zostały przekazane przełożonym.
Sytuacja z ostatnich dni jest dobrą okazją
do przypomnienia podobnych zachowań ze strony marszałka Borusewicza z
przeszłości. Już w styczniu 2005 r. doszło do podobnej sytuacji. Borusewicz był
wówczas wicemarszałkiem sejmiku województwa pomorskiego, z którym notabene
utrzymywałem poprawne relacje (m.in. wymienialiśmy się archiwaliami). Podczas
spotkania w jego gabinecie w Urzędzie Marszałkowskim w Gdańsku, którego celem
miało być zebranie przeze mnie relacji na temat działalności Wolnych Związków
Zawodowych Wybrzeża, Borusewicz w zdecydowanych i „żołnierskich” słowach
udzielił mi reprymendy w związku z moją książką „Oczami bezpieki” (chodziło o
niezadowalający go opis Lecha Wałęsy, Edwina Myszka oraz genezy Wolnych
Związków Zawodowych Wybrzeża). Oświadczył, że nie będzie więcej ze mną
dyskutował i że w ogóle ma już dość kontaktów z IPN, po czym, nie przebierając
w słowach, wyrzucił mnie z gabinetu. O sprawie powiadomiłem swoich przełożonych
w IPN i sporządziłem obszerną notatkę.
Pan marszałek powinien o tym pamiętać,
zanim postawi zarzut, że historycy z IPN piszący o gdańskiej opozycji nigdy się
z nim nie kontaktowali i nie prosili o pomoc. To właśnie złe emocje marszałka
Borusewicza uniemożliwiają rzetelną dyskusję o historii. Nikt w IPN nie podsyca
złych emocji i gdyby marszałek Senatu zechciał obejrzeć zapis wideo z zajęć
edukacyjnych w Zespole Szkół Plastycznych (w którego posiadaniu jesteśmy) z
udziałem małżeństwa Gwiazdów, toby się o tym przekonał. Zresztą żaden z
zapraszanych przez nas świadków historii (w tym również Gwiazdowie) nigdy nie
stawiał warunku, że przyjdzie i wesprze akcję edukacyjną IPN, jeżeli na
analogiczne spotkanie nie zaprosimy np. Borusewicza.
Ale przecież w całym sporze nie chodzi o
merytoryczne argumenty. Z interwencji Borusewicza i jego pracownicy wynika
bowiem, że zgadza się on tylko na taką wersję historii i takich jej świadków,
których on sam akceptuje, a ci, z którymi się nie zgadza, to „oszołomy” i
badacze o „skrajnych” poglądach politycznych. Postawa ta nie należy do
oryginalnych, co nie znaczy, że historyk, a tym bardziej IPN, powinien jej
ulegać, gdyż w demokracji nie ma mowy o interwencjach telefonicznych polityków
w sprawie zajęć szkolnych prowadzonych przez niezależne instytucje oświatowe.
Moim zdaniem wolny badacz i niezależny
instytut edukacyjno-naukowy nie mogą zgodzić się na takie dictum. Muszą być
odporni na pohukiwania polityków, choćby nawet tych o największych zasługach z
okresu walki z komunizmem. Borusewicz zdaje się twierdzić – jak wynika z jego
publicznych wypowiedzi – że ze względu na swoje wielkie zasługi, których
zresztą nigdy nie podważałem, ma wyjątkowy mandat do ogłaszania
niekwestionowalnych prawd o przeszłości i do wyznaczania kierunków
badawczo-edukacyjnych w historii. I na to właśnie zgodzić się nie można. W
przeciwnym razie musielibyśmy uznać za wiarygodne chociażby pomówienia pod
adresem czołowego działacza trójmiejskiego podziemia Marka Kubasiewicza,
którego przed laty Borusewicz publicznie oskarżył o współpracę z SB
(Borusewicz, Jak runął mur, Warszawa 2005, s. 17).