Wspomnienie dla Kassandry

 

 

Trzeba pamiętać, że jeżeli pozwolimy jakiejś grupie podpisać kapitulanckie porozumienie w naszym imieniu, będzie to oznaczać, że wyrzekliśmy się dalszej walki, że godzimy się i aprobujemy narzuconą sytuację i wyrzekamy się naszych praw. Kapitulacja do tego stopnia zniechęci społeczeństwo, że nie będziemy nawet mieli sił, by wyegzekwować te ochłapy, które nam przyznają w zamian za kapitulację.

 

Fragment grypsu Andrzeja Gwiazdy z więzienia w Białołęce,

marzec 1982 r.

 

Poproszono mnie o napisanie wspomnień związanych z wydarzeniami sprzed 20 lat, widzianych oczami przedstawiciela środowiska określanego przez propagandystów AD 1989 mianem „radykałów” (przeciwstawianych „opozycji konstruktywnej”).

Wyznam, iż podjąłem się tego zadania z niechęcią. Historia bez retuszu i liftingu nie jest dziś w cenie, co najlepiej widać z perspektywy archiwów IPN. Dość rozpaczliwe próby przedstawiania wyborów z 4 czerwca 1989 r. jako aktu „obalenia komunizmu” wywołują u mnie deja vu  – przypomina mi się „odzyskanie niepodległości” 22 lipca 1944 r.[1]

            Z drugiej strony, dzięki niedawnemu odtworzeniu ze starych dyskietek niemal kompletnych Serwisów Agencji Informacyjnej Solidarności Walczącej (AISW), mamy dostęp do ogromnego archiwum rozmaitych dokumentów pojawiających się poza oficjalnym obiegiem informacji w latach 1988-1990 (http://www.abcnet.com.pl/node/5658).

            Postanowiłem więc wybrać jakiś tekst z przełomu lat 1988-1989, możliwie szeroko przedstawiający zarówno polskie, jak i międzynarodowe uwarunkowania polityczne - tak, jak je wtedy widziano, lub jak o nich dyskutowano w środowiskach, których głos został „zamilczany na śmierć” w oficjalnych wersjach „reglamentowanej rewolucji”.

            Zdecydowałem się na wywiad przeprowadzony przez AISW z byłym absolwentem i, w latach 1966-1973, pracownikiem naukowym Wydziału ETI naszej Politechniki, wiceprzewodniczącym pierwszej „Solidarności” w roku 1980, a zarazem jedną z najwybitniejszych osobistości polskiej opozycji antykomunistycznej – Andrzejem Gwiazdą. Rozmowa odbyła się 7 grudnia 1988 r., zatem na kilkanaście dni przed podjęciem podczas X Plenum Komitetu Centralnego PZPR oficjalnej decyzji o przystąpieniu przez władze PRL do rozmów „okrągłego stołu”.

Jako uzupełnienie-ciekawostkę dołączam tekst „Oczami władzy”, przykład podsumowania aktualnej sytuacji politycznej przygotowanego przez Dział Analiz SW, tuż po drugiej turze X Plenum KC PZPR, a więc również w styczniu 1989 r.

 

Marek Czachor

 

1. Rozmowa z Andrzejem Gwiazdą

 

AISW: Niedawno wróciłeś do kraju po  kilkumiesięcznym  pobycie  na Zachodzie. Zanim więc poprosimy o  Twoją  ocenę  najnowszych wydarzeń w Polsce, chcielibyśmy zapytać Cię o wrażenia z podróży.

 

Andrzej Gwiazda: Odwiedziliśmy z żoną niektóre kraje  europejskie, a także objechaliśmy sporą część Kanady i  Stanów Zjednoczonych. Nasze obserwacje i wnioski  dotyczą  wielu  zjawisk występujących w tych krajach. Z oczywistych  względów  najbardziej jednak interesowały mnie  poglądy  i  sposób  życia  Polonii  oraz starej i nowej emigracji. Interesowały  mnie  również  mechanizmy życia  społecznego  w  tych  krajach  -  funkcjonowanie   związków zawodowych, udział płacy w cenie wyrobu, warunki  pracy,  a  także polityka władz centralnych (zwłaszcza USA)  wobec  Polski.  Miałem wiele publicznych  spotkań  z  Polakami  mieszkającymi  w  Ameryce Północnej i, co  mnie  zaskoczyło,  ich  klimat  nie  odbiegał  od atmosfery podobnych zgromadzeń w Polsce. Zarówno sposób  myślenia, zakres i rodzaj zadawanych pytań, jak i  sposób  reagowania  -  są niesłychanie podobne i tu, i tam.

 

AISW: Jak ustosunkowałbyś się do  popularnej  opinii,  według której - w odróżnieniu od Polonii - doskonale  zorganizowane są inne, mniej liczne grupy etniczne żyjące w  Stanach  Zjednoczonych - np. Ukraińcy, Grecy, Żydzi?

 

A.G.: Żydzi mają istotnie ogromne wpływy  -  Polacy  bardzo  małe. Jeśli chodzi o Ukraińców, to faktycznie spotykałem się z takimi opiniami w środowiskach  polskich. Natomiast  sami  Ukraińcy mówili mi o doskonałym  zorganizowaniu...  Polaków  i  o  słabości własnej reprezentacji narodowej. Polaków w Stanach reprezentuje Kongres Polonii Amerykańskiej, który nawet nie posiada... biura. Dysponuje,  oczywiście,  wieloma budynkami przeznaczonymi na różnorodną  działalność,  ale  nie  ma organizacji skupiającej  czy  inicjującej  działalność  polityczną Polaków. Prezesem  Kongresu  jest  tradycyjnie prezes  Narodowego Związku Polskiego  -  stowarzyszenia  ubezpieczeniowego.  Ta  unia personalna stanowi  główne  źródło  funduszy  Kongresu.  Natomiast Polonii wyraźnie szkoda  pieniędzy  na  finansowanie  działalności politycznej. Polacy chyba rzeczywiście nie mają talentu  i  temperamentu do robienia polityki.    jednakże  przy  tym  ofiarni  - w warunkach amerykańskich oznacza  to,  że  jeżeli  konkretny  cel uznaje się za słuszny, daje się dolara. Gdy więc w Polsce potrzebny  jest  ryż  lub  lekarstwa,  znajdą  się  na  to  fundusze.  Do działalności politycznej zaś Polonusi podchodzą z dużą nieufnością i z reguły się nią nie zajmują. Charytatywna pomoc Polsce  -  tak, działalność polityczna - nie. W konsekwencji ta, jedna z  najliczniejszych  grup  etnicznych  w  USA  (ok.  10  mln),  ma   nieproporcjonalnie mały wpływ na politykę Stanów Zjednoczonych  -  także w sprawach dotyczących Polski. Polacy  nie  potrafią  zorganizować własnej „sitwy” nawet w kwestiach dotyczących wzajemnej  pomocy  - np.  jeżeli  Polak  otwiera  sklep  czy  firmę,  nie  ma  poparcia środowisk polonijnych, Polacy nie reklamują  go  wśród  znajomych, nie pojadą specjalnie do niego na zakupy, by w ten sposób  ułatwić mu start w interesach (zupełnie inaczej  postępują  Żydzi,  potrafiący okazywać  sobie  wzajemną  solidarność  zarówno  w  sprawach drobnych, jak i wielkich - dlatego  stanowią  najsilniejszą  grupę etniczną w Stanach).

 

AISW: Fakt, że  Polonia  amerykańska  nie  potrafi  odgrywać  roli znaczącej siły politycznej wpływa,  jak  należy  sądzić,  na charakter rozpowszechnionych wśród  niej  koncepcji  politycznych. Niepodległościowa retoryka i dość powszechna   akceptacja  polityki „umiarkowanej presji na władze PRL”   - czy tak jest rzeczywiście?

 

A.G.: Istotnie na spotkaniach Polaków w  USA  mówi  się  wiele  na temat niepodległości, natomiast działania Kongresu  Polonii, mające na celu wpływanie na  amerykańską  opinię  publiczną  i  na władze Stanów  Zjednoczonych,  nacechowane    daleko  posuniętym „umiarem” w stosunku  do  komunizmu.  Taka  postawa  reprezentacji polskiej w USA stanowi wygodne alibi dla polityków  amerykańskich, którzy  mogą  usprawiedliwić  łagodne traktowanie   przez   Stany Zjednoczone władz PRL dezyderatami Kongresu Polonii.

Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że są trzy zasadnicze grupy Polaków w Stanach Zjednoczonych:  Polonia,  czyli  ludzie,  którzy opuścili Polskę przed II wojną światową lub urodzili  się  w  USA, „stara”, powojenna emigracja żołnierska (polityczna) oraz  emigracja najnowsza, po 1981  r.  -  w  części  ekonomiczna  (mało zainteresowana sprawami Polski), w części solidarnościowa, podejmująca wysiłki na rzecz kraju. Ta ostatnia  część  emigracji  pracuje  na rzecz  Polski  niezwykle  ofiarnie,  poświęcając  cały  swój  czas i energię, często  kosztem  własnego  poziomu  życia.  Uważam,  że błędem działaczy „Solidarności”, którzy znaleźli się  za  granicą, jest przekonanie, że na skutek emigracji  stracili  oni  prawo  do oceniania rozwoju wydarzeń w Polsce  i  zabierania  głosu  w  tych kwestiach. Ograniczają się oni przede wszystkim  do  organizowania pomocy materialnej dla  struktur  w  kraju. Zaniedbują  przy  tym budowanie zaplecza dla działalności poza krajem (np.  wysyłają  do kraju wszystkie zdobywane pieniądze i niejednokrotnie pracują  nie posiadając nawet maszyny do pisania czy komputera -  rzeczy  absolutnie niezbędnych w tamtych warunkach). Powoduje to  ograniczenie możliwości niesienia pomocy Polsce  -  teraz  i  w  przyszłości  -

w postaci znaczących inicjatyw politycznych.

 

AISW: Polityka Stanów  Zjednoczonych  wobec  Związku  Radzieckiego oceniana jest często jako  nieracjonalna.  Mówi  się  czasem o kolejnych nieudanych prezydentach USA. Cyklicznie,  w momentach, kiedy na Kremlu pojawia się nowy sekretarz  generalny,  Amerykanie wyrażają nadzieję na ucywilizowanie Związku Radzieckiego...

 

A.G.: Stąd dość rozpowszechnione w Polsce powiedzenie – „głupi jak Amerykanin”. Wydaje się jednak, że w świadomości przeciętnego Amerykanina nastąpiły dość istotne zmiany. Rezultaty  zakończenia – tak, a nie inaczej – wojny w Wietnamie, Afganistan  i  wreszcie „Solidarność”  spowodowały,  że  do  opinii   publicznej   dotarło wreszcie, iż system komunistyczny nie ma nic wspólnego z postępem. Ponieważ ludzie Zachodu nie potrafią zrozumieć absurdalności  tego systemu (znali tylko teoretyczne założenia i hasła), wydawało  się im, że komunizm mógłby być lekarstwem  na  szereg  bolączek amerykańskiego życia społecznego. Sołżenicyn[2] jako pierwszy przebił  się do opinii publicznej przez zapory  wolnej  prasy.  Owe  zapory  to m.in. dostosowywanie się prasy (w trosce o poczytność, a co za tym idzie - opłacalność) do już  ukształtowanych  gustów  i  oczekiwań czytelników. „Solidarność” ostatecznie zburzyła mit  o  komunizmie jako ustroju, w którym  występują  pewne  niesprawiedliwości,  ale który jest ustrojem robotniczym. Opór  Afgańczyków  wykazał  natomiast, że Związek Radziecki jest imperialny  -  to  jest  pierwszy naród, który podjął walkę  przeciwko  interwencji  komunistycznej, demaskując Związek Radziecki na arenie międzynarodowej. I  chociaż wciąż jeszcze gdzieniegdzie pokutują  stare  sympatie,  generalnie komunizm stracił w USA popularność.             O sprawach dotyczących Polski zachodnie  massmedia  informują trochę lepiej i na  pewno  obiektywniej  niż  np.  Radio Wolna Europa.  Zwłaszcza w Europie Zachodniej z prasy, radia i TV można się  dowiedzieć  na temat sytuacji w Polsce i występujących w naszym  kraju  tendencji politycznych więcej niż z  monachijskiej  rozgłośni  -  wynika  to z faktu, że  informacje dotyczące  naszego  kraju  nie  podlegają cenzurze (przynajmniej nie w  takim  stopniu  jak  w RWE).

 

AISW: Mówisz, że  Wietnam,  Afganistan  i  Polska  przeorientowały zachodnią opinię publiczną, że Sołżenicyn trafił do wyobraźni człowieka Zachodu. Jak to pogodzić z rosnącą,  niestety,  popularnością Gorbaczowa w Wolnym Świecie?

 

A.G.: Gorbaczow wyreżyserował swój  teatrzyk  dokładnie  pod  gust amerykańskiego postępowca,  realizując  marzenia  wszystkich tych, którym Wietnam, Afganistan i  Polska złamały  światopogląd. Gorbaczow proponuje im posklejanie tego, w co zwątpili. Cieszą  się więc, że mimo wszystko może to oni właśnie mieli rację: że  jednak komunizmowi da się  przyprawić  ludzką  twarz.  Gdyby  taki  pozór powstał, to postępowcy amerykańscy znowu mogliby rozwinąć skrzydła w destrukcji amerykańskiego systemu. To po pierwsze. Po drugie, polityka  amerykańska  jest  kształtowana  przez  wiele podmiotów. Jeżeli społeczeństwo w danej sprawie milczy, to inicjatywę  przejmują  potężne  konsorcja  bankowe  dysponujące  setkami miliardów dolarów. Wyłożenie kilku milionów na realizację  polityki, która odpowiada ich bieżącym interesom - jest dla nich zwykłym wydatkiem.

 

AISW: Do sowieckiej propagandy „przebudowy” włączył się  Sacharow[3], który podczas swojej, ukoronowanej konferencją prasową w paryskiej ambasadzie  ZSRR,  podróży  po świecie,  udzielił  „pierestrojce” jednoznacznego  poparcia.  Wydaje  się,  że  umiejętności

propagandowe Gorbaczowa, jak i poparcie, jakie otrzymuje ze strony ludzi  cieszących  się  zaufaniem  zachodniej  opinii  publicznej, przynosi rezultaty w postaci rozbudzenia nadziei na ucywilizowanie ZSRR...

 

A.G.: Sądzę, że entuzjazm dla Gorbaczowa i jego „pierestrojki” nie jest tak bezkrytyczny,  jak  by  się  nam  wydawało.  Politycy amerykańscy odnoszą się do tego ze znaczną rezerwą  i,  co najważniejsze,  duże  kręgi  społeczne  okazują  nieufność   radzieckiej propagandzie i inicjatywom.  Politycy  nie  zrobią  nic  przeciwko opinii publicznej, od której są całkowicie  zależni.  Opinia  publiczna z kolei nie jest przekonana  o  dobrych  intencjach  Gorbaczowa. Hasła „pierestrojki” robią furorę tam,  gdzie  trafiają  na tradycyjnie dobry grunt dla tego, co przychodzi z Kremla -  mówiłem już o tym. Politycy zachodni są przy tym słusznie  przekonani,  że to, co robi Gorbaczow, zapowiada duże zmiany w  imperium  radzieckim. Tam rzeczywiście dzieje się coś  dziwnego  -  chociaż  niekoniecznie  coś  korzystnego  dla  świata.  Równocześnie   Gorbaczow pokazuje, jak bardzo Zachód, a  zwłaszcza  Amerykanie  mylili  się w poprzednich  okresach.  Amerykanie,  politycy  i  społeczeństwo, w przeciwieństwie do Polaków, wyciągają wnioski ze swoich błędów.

 

AISW: Polityka Zachodu wobec Polski zdeterminowana jest interesami Wolnego Świata w całym bloku radzieckim. Wynika z  tego,  że nasz kraj, będąc jednym z elementów  składowych  imperium  sowieckiego, nie może liczyć na poparcie, które pozostawałoby w  jakiejś kolizji z interesami Zachodu w ZSRR.

 

A.G.: To oczywiste. Niemniej do 1980 r. panowało w zachodnich kręgach politycznych przekonanie, że  wszystko,  co  może  mieć znaczenie  w  bloku  radzieckim,  jest  inicjowane  przez  Moskwę. „Solidarność” zadała tak jaskrawy kłam tej doktrynie,  że  poglądy zmieniły się tu o sto osiemdziesiąt  stopni.  W  tej  chwili  dość powszechnie uważa się, że  cios  w  komunizm  przyjdzie  z  krajów satelickich ZSRR. Polska przestała być krajem, na  który  politycy zwracają uwagę wyłącznie na marginesie problematyki  ZSRR.  Polska

znajduje się obecnie w  centrum  wielkiej  polityki.  Okazało  się bowiem, że stosunkowo niewielki kraj może wpłynąć na destabilizację całego układu stosunków  międzynarodowych.  Jeżeli  za  przykładem Polski pójdą inne kraje, może powstać sytuacja podważająca ustalony porządek w świecie... I oni się tego boją.

 

AISW: Czego się boją?

 

A.G.: Kraje satelickie ZSRR w Europie  stanowią  rezerwuar  taniej i, co należy podkreślić, wysokokwalifikowanej siły roboczej. Odzyskanie niepodległości przez te kraje może spowodować, że przestaną one być rynkami zbytu, a  staną  się  w  stosunkowo  krótkim czasie dostawcą wyrobów wysokiej jakości na Zachód. Destabilizacja w Europie Wschodniej, która może prowadzić do  odzyskania  niepodległości przez kraje zależne od Moskwy, wydaje się więc  politykom związanym z kołami przemysłowymi groźną perspektywą. W ich przekonaniu znacznie korzystniejsze byłoby takie zmodyfikowanie  systemu, które utrzyma nas w nędzy, a otworzy przed zachodnimi  przemysłowcami możliwości korzystania z taniej siły  roboczej.  Stąd  wynika poparcie jednej tylko orientacji w polskiej opozycji – KKW[4]. Amerykanie są gotowi nam pomagać pod warunkiem, że nie dojdzie tutaj do zdecydowanej wygranej, a jedynie do pewnych modyfikacji  istniejącego systemu polityczno-gospodarczego. To  właśnie  gwarantuje  im kierunek polityki uprawianej przez KKW.

 

AISW:  Podczas  pobytu  w  Londynie  spotkałeś  się   kilkakrotnie z członkami Rządu RP...

 

A.G.: Spotkałem się z poszczególnymi ministrami, a także  wystąpiłem na forum Rady Narodowej. Zarówno podczas  tych  spotkań, jak i w swoim  przemówieniu  do  RN  bez  upiększeń  przedstawiłem sytuację w polskiej opozycji i wpływ tej sytuacji na bieg wydarzeń

w Polsce. Na początku powiedziałem, że członkowie Rządu RP są  politykami, którzy przeżyli do tej pory wiele bolesnych  rozczarowań - więc nie będę ich oszczędzał...  i  nie  oszczędzałem.  Ponieważ w tej rozmowie mamy podjąć próbę oceny sytuacji w Polsce, nie będę powtarzał tego, co mówiłem na ten temat zagranicą. Rząd RP w Londynie stanowi legalną kontynuację władz polskich, wybranych w wolnej Polsce przed II wojną światową. Sytuacja  Rządu jest dość paradoksalna, ponieważ nie może on  prowadzić  polityki. Niemal wszystkie kraje uznając władze PRL zerwały stosunki  dyplomatyczne z Rządem RP.  Wskutek  tego  rząd  emigracyjny, stanowiąc kontynuację legalnych władz Polski i będąc  równocześnie  strażnikiem honoru Polski, nie może zwracać się do rządów, które  go  nie uznają (jak słyszałem, jedyny kraj, który uznaje Rząd legalny,  to Irlandia). Nikt z członków  Rządu  RP  nie  może  w  tej  sytuacji wystąpić z czymkolwiek np. do władz  brytyjskich.  Zbigniew  Brzeziński powiedział mi, że zasugerował członkom Rządu RP (ja również myślałem o podobnym rozwiązaniu), by utworzyli organizację - o tym samym składzie co Rząd - która umożliwi im ominięcie  wspomnianych wcześniej ograniczeń, a tym samym umożliwi im inicjowanie  działań politycznych. O ile mi wiadomo, zamysł  ten  ma  być  zrealizowany w najbliższym czasie.

 

AISW: Rok 1986  był  przełomowy  dla  polskiej  opozycji.  Została wówczas utworzona  Tymczasowa  Rada  „Solidarności”,  której powstanie doprowadziła w efekcie do likwidacji  TKK[5].  Wiadomo,  że tendencje, które zaowocowały w utworzeniu TRS, a następnie przemianowania jej na Krajową Komisję Wykonawczą, nie pojawiły się  w  „Solidarności”  nagle. Tendencje te widoczne były już wyraźnie podczas  okresu  legalnego działania  Związku.  Jak  oceniasz  przyczyny  i  skutki   decyzji podjętych przez część działaczy „Solidarności” we wrześniu 1986 r.?

 

A.G.: Ja nie bardzo rozumiem  dlaczego  źródła  TRS  szukasz  aż w latach 1980/81. Wówczas, mimo usiłowań  Wałęsy,  struktura „Solidarności” nawet po zjeździe  nadal  pozostała  demokratyczna. Widoczne to było np. w tym, że wprawdzie na żądanie  Wałęsy  Zjazd przyznał mu prawo do powoływania prezydium  Komisji Krajowej,  ale  równocześnie nie uznał prezydium jako władzy w „Solidarności”. Trudno  jest  mi powiązać mechanizmy funkcjonowania  „Solidarności”  z  utworzeniem TRS  w 1986 r.

 

AISW: Myślę o tych ademokratycznych tendencjach w  „Solidarności”, które znajdowały wyraźne  odbicie  w  całym  ciągu  decyzji, które samodzielnie, nie mając do tego  prawa,  podejmował  Wałęsa. Dla przykładu - sprawa marca 1981 r. ... [6]

 

A.G.: ... i wiele innych.

 

AISW: Po każdym takim incydencie następowała  mobilizacja  kierownictwa „Solidarności”, które starało się udawać  przed  władzami PRL, że w Związku istnieje jedność z prawdziwego  zdarzenia. Mechanizmy demokratyczne tylko  w  niewielkim  stopniu  utrudniały autokratyczne kierowanie Związkiem. Po grudniu, w warunkach  kiedy w „Solidarności” trudno  było  zachować  demokratyczne  procedury, łatwiej było zwyciężyć zwolennikom zarządzania związkiem...

 

A.G.: Chyba rzeczywiście masz rację - źródeł tych  zjawisk  należy poszukiwać dość daleko w przeszłości. Po tym, co  już  powiedzieliśmy, należy - komentując fakt powołania TRS -  cofnąć  się jedynie nieznacznie przed rok 1986. Bywałem  jeszcze  wówczas  „na warszawskich salonach” i panowało tam powszechne mniemanie, że dopóki będzie się utrzymywał system  komunistyczny,  dopóty  da  się ogniskować działalność wokół walki o uwolnienie więźniów politycznych. Sytuację w znacznym stopniu zmieniło  wypuszczenie  więźniów politycznych przez władze PRL.  TKK  składało  się  w  tym  czasie z działaczy w większości nie należących do  warszawskiej  koterii. Trzeba więc było znaleźć miejsce dla tych, którzy właśnie opuścili więzienia, a do koterii należeli. Inaczej groziło to zmianą układu

sił - odejściem na boczny tor  pierwszych  przywódców  wchodzących w skład TKK. Dotychczasowy pobyt w więzieniu umacniał ich  autorytet, natomiast nieobecność w strukturach kierowniczych, po  opuszczeniu więzienia,  spowodowałaby  spadek  ich  prestiżu  na  rzecz wzrostu autorytetu aktualnego, bardziej niezależnego od  doradców, przywództwa Związku. Utrudniłoby to lub wręcz uniemożliwiło zarządzanie „Solidarnością” w taki sposób, jak ma to  miejsce  dzisiaj. Faktycznie więc utworzenie TRS było  realizacją  tej niedemokratycznej tendencji, o której mówiłeś. Rezultatem tych posunięć jest dość interesujący paradoks. Zostali zwolnieni więźniowie polityczni i to właśnie powoduje postępującą  degenerację  dotychczasowych struktur (!). W moim przekonaniu  jedynym  właściwym  rozwiązaniem byłoby wówczas zwołanie Komisji Krajowej...

 

AISW: Zwołanie KK doprowadziłoby, jak należy sądzić,  do  wybrania innej koncepcji politycznej niż ta, którą chciał  realizować Wałęsa. Najprawdopodobniej „front  rozsądku  i  porozumienia”  nie uzyskałby aprobaty tego zgromadzenia...

 

A.G.: Ja nie wiem, czy skutkiem takiego spotkania byłoby  zablokowanie kierunku  porozumieniowego  -  ale  z  całą  pewnością przywrócenie statutowej rangi Komisji Krajowej zablokowałoby front kapitulacji. Zwołanie KK oznaczałoby bowiem przywrócenie  demokratycznych mechanizmów w „Solidarności”. Wybrano  inne  rozwiązanie. Czy najgorsze? - myślę, że przynajmniej zbliżone  do  najgorszego. Takie porozumienie, jakie  proponuje  KKW  nie  było  chyba  nawet przedmiotem marzeń władz PRL.

 

AISW: Trudno nie zauważyć, że z Polski słychać głos jedynie jednej orientacji w opozycji. Szeroko reklamowany jest - w  polskojęzycznych rozgłośniach radiowych - jedynie program  KKW.  Poglądy inne niż Wałęsy i jego otoczenia są starannie cenzurowane.

 

A.G.: Dzieje się tak na skutek  zaangażowania  Departamentu  Stanu USA w popieranie tej części opozycji, która nie chce  zmiany systemu politycznego w Polsce,  a  jedynie  pewnych  kosmetycznych modyfikacji (o niektórych aspektach takiej  tendencji  w  polityce amerykańskiej już  wspominałem).  Krótko  mówiąc, chodzi  o  tych, którzy nie stwarzają zagrożenia dla istniejącego układu sił.  Dzisiaj oznacza to tę grupę działaczy, którzy skłonni są poprzeć propagandę „pierestrojki” Gorbaczowa. Głos Wałęsy, KKW  i  „doradców” nie byłby, jak sądzę, najbardziej słyszalny, gdyby  nie  fakt,  że zachodnie rozgłośnie radiowe nadające do Polski zostały oddane  do ich niemal wyłącznej dyspozycji oraz to, że  pieniądze  rządu  USA przeznaczone na pomoc dla polskiej  opozycji  otrzymuje  tylko  ta grupa ludzi. Moskwa oczywiście zdaje  sobie  sprawę,  że  zdobycie Wałęsy jako ambasadora „pierestrojki” przyniesie ogromne  profity. Wałęsa i Sacharow, wypowiadając w  Paryżu  poparcie  dla  polityki Gorbaczowa, byli niesłychanie  skutecznymi  rzecznikami  interesów ZSRR. Na całym świecie nie znajdzie się chyba  bardziej  wiarygodnych ludzi, którzy skuteczniej mogliby propagować  „pierestrojkę”. Osiągnięcie zbliżonych efektów tradycyjnymi  metodami  radzieckiej propagandy byłoby bardzo żmudne i kosztowne - o ile w ogóle  możliwe.

 

AISW: Utworzenie TRS było określane przez przeciwników „polityki wybijania się na jawność”, jako zamach stanu w  „Solidarności”. Czy zechciałbyś skomentować okoliczności, jakie  doprowadziły do likwidacji TKK i przemianowania TRS na KKW?

 

A.G.: Trzeba się cofnąć do kwietnia 1982 r. Powstanie  Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej  członkowie  „Solidarności”  przyjęli można by rzec przez aklamację. I tu warto może przypomnieć, że TKK w swojej deklaracji programowej stwierdzała  dobitnie,  że  jednym z jej podstawowych celów jest doprowadzenie do  spotkania  Komisji Krajowej - statutowej władzy „Solidarności” - kiedy tylko  pozwoli na to sytuacja  w  kraju.  Sytuacja  taka  powstała  po  zwolnieniu wszystkich więźniów politycznych we wrześniu 1986 r. Wówczas  było bardzo mało prawdopodobne, by władze PRL zdecydowały się na ponowne uwięzienie działaczy „Solidarności”. Jak  wiadomo, do  zwołania posiedzenia KK nie doszło na skutek  sprzeciwu  Wałęsy  i  otaczających go osób. Zamiast przywrócenia  KK  charakteru  kierownictwa Związku - Wałęsa powołał TRS. Jednakże  już  w  1987  r.  doszło w TRS i w  nadal  istniejącym  TKK  do  konfliktów  i  podziałów w związku z przekazaniem przez Wałęsę 1 miliona  dolarów,  przyznanego przez Kongres Stanów Zjednoczonych na działalność „Solidarności” - władzom PRL (na potrzeby państwowej służby zdrowia).  Gest  Wałęsy wobec władz PRL wywołał zresztą oburzenie nie tylko wśród  działaczy, ale również wśród wielu szeregowych członków  „Solidarności”. Wówczas Wałęsa doprowadził do likwidacji  TRS  i  TKK,  a  osoby popierające przekazanie dotacji amerykańskiej władzom PRL  powołał do KKW.

 

AISW: Polityka prowadzona  przez  działaczy  skupionych wokół KKW zdeterminowana jest, jak się wydaje,  przyjęciem  założenia, że odzyskanie niepodległości  przez  nasz  kraj  jest  niemożliwe. W związku z tym za cel główny przyjęto pewne  modyfikacje  panującego w Polsce  systemu. Mają  one  polegać,  jak  się  wydaje,  na uplasowaniu tej grupy działaczy w istniejącym aparacie władzy. Czy podzielasz tę opinię?

 

A.G.: Niektórzy działacze mówili mi wprost, że skoro nic  się  nie da zrobić dla trzydziestu milionów Polaków, trzeba  pomyśleć o trzech tysiącach. Źródłem takiej postawy  jest  panujące  w  tym środowisku od kilku lat przekonanie, że wybuch  społeczny  nastąpi niezależnie od postawy  opozycji,  a  więc  stymulowanie  go  jest pozbawione sensu. Znaczna część prasy podziemnej  (z  „Tygodnikiem Mazowsze” na czele) zajmowała się więc uzasadnianiem, dlaczego TKK nie może wzywać do strajków („TKK nie może narażać swojego autorytetu”, a rzeczą  najważniejszą jest  zachowanie  tego  autorytetu).

Prasa podziemna, zwłaszcza w  pierwszych  latach  po  wprowadzeniu stanu  wojennego,  była  przyjmowana  przez   ludzi   z   ogromnym zaufaniem. Sądzę, że propaganda mająca na celu uzasadnianie  bierności TKK wpłynęła w poważny sposób na fakt, że  wybuch  społeczny nie nastąpił,  mimo  ciągle  pogarszających  się  warunków  życia. Stworzyło to twórcom tej linii politycznej sytuację, w której  mogą wykorzystywać resztki  sympatii  społeczeństwa,  lecz  oprzeć  się muszą na komunistach. Ponieważ sympatia  społeczeństwa,  autorytet działaczy związany jest z „Solidarnością”, trzeba stwarzać pozory, że dążenie do porozumienia z władzami PRL mają na celu  przywrócenie NSZZ „Solidarność”. Tymczasem „powrót do pluralizmu związkowego” ma prowadzić - według wyraźnie widocznych intencji  kręgu  KKW - do rejestracji autonomicznych związków pod nazwą  „Solidarność”. I chociaż oznacza to faktycznie  akceptację  likwidacji  „Solidarności”, takie rozwiązanie zapewni poklask Wałęsie oraz  działaczom skupionym wokół niego, jako tym, którzy „dali” ludziom  z powrotem „Solidarność” - upłynie trochę czasu, zanim dla wszystkich  stanie się oczywiste, że to - poza  nazwą  -  z  NSZZ  „Solidarność”  nic wspólnego nie ma. Władze PRL jeszcze się  targują,  ale,  jak  już mówiłem, są niewątpliwie zaskoczone aż tak daleko posuniętą ofertą współpracy ze strony części opozycji. Takie  postępowanie  oznacza dobrowolne  zaakceptowanie  granic  wolności   narzuconych   przez najeźdźcę, a włączenie się Wałęsy w propagandę „pierestrojki” jest wyjściem z „polskiego zaścianka”... - na szerokie  wody  ratowania światowego komunizmu.

 

AISW: Natalia Gorbaniewska[7], wypowiadając się, podczas pobytu w naszym kraju, na temat polskiej opozycji stwierdziła, iż  jest przykry i niezrozumiały fakt, że działacze o  najbardziej  znanych nazwiskach (legendarnych w ZSRR - jak to ujęła) dostrzegają  jedynie władze komunistyczne w Moskwie i nie zauważają  rodzącego  się pluralizmu społecznego w Związku Radzieckim.

 

A.G.: Ci sami  działacze  nie  zauważają  aspiracji  społeczeństwa polskiego (które swoimi nieodpowiedzialnymi  wyskokami  może im tylko popsuć robienie polityki) - jak więc można  oczekiwać  od nich zainteresowania problemami społeczeństwa w  Związku  Radzieckim? Zaangażowanie autorytetu „Solidarności”  w  propagandę  „pierestrojki” powoduje zablokowanie  myślenia  politycznego  w  skali społecznej - zastępuje  je  niestety  nadzieja,  że  ktoś  za  nas załatwi nękające Polskę problemy.

 

AISW: Nie tylko władze  PRL    postrzegane  przez  społeczeństwo polskie jako monolit. Również opozycja traktowana jest  jako jeden organizm. Działania  ludzi  o  najgłośniejszych  nazwiskach uważane są dość powszechnie za reprezentatywne dla całej opozycji. Natomiast dyskusje  czy  spory  dotyczące  wprowadzanych  w  życie posunięć politycznych traktowane są często jako przejaw  niesubordynacji.

 

A.G.: Chyba najbardziej rozpowszechnionym poglądem w  tej  kwestii jest przekonanie, że  różnice  polityczne  w  opozycji  mają swoje źródło w konfliktach personalnych.  Pogląd  ten  był  bardzo umiejętnie podsuwany społeczeństwu (z różnych  stron!).  Większość ludzi w Polsce nie ma możliwości zorientowania się  w  koncepcjach politycznych powstających w środowiskach opozycyjnych. Podstawowym źródłem informacji są zachodnie  rozgłośnie  radiowe  nadające  do Polski - sądzę, że pokrywają one około 95 % niezależnego od  komunistów  pola  informacyjnego.  Rozgłośnie  te  prezentują  poglądy jednej tylko grupy w polskiej opozycji - KKW. Pozostałe 5%  pola informacyjnego również zdominowane jest przez KKW - ponieważ  jest to jedyna grupa dysponująca wręcz nadmiarem  sprzętu  poligraficznego i dużymi funduszami na działalność  wydawniczą.  Ponadto  nie bez znaczenia  jest  fakt,  że  większość  Polaków  wychowała  się w ustroju totalitarnym - wpłynęło to w znacznym stopniu na  sposób myślenia (jeden słuszny pogląd, „jednomyślność”...). „Solidarność” była ogólnospołeczną próbą odtotalitaryzowania nie  tylko  Polski, ale i własnego sposobu myślenia. Na skutek dominacji  antydemokratycznego nurtu w „Solidarności”, po wprowadzeniu stanu  wojennego, postawy społeczeństwa zaczęły kształtować się  ponownie  „w  duchu jednomyślności socjalistycznej” - pluralizm poglądów stał się pustym hasłem.

 

AISW: W Polsce, przy pewnych  sprzyjających okolicznościach,  jest niesłychanie łatwo zdobyć autorytet  i  -  jak  się  okazuje - trudno go potem stracić. Nawet jeżeli poświęca  się  temu  sporo wysiłku.

 

A.G.: Rzeczywiście, możemy obserwować takie zjawisko  dzisiaj.  To jest charyzma - czyli,  jak  mówi  słownik  wyrazów  obcych, umiejętność zdobywania irracjonalnego posłuchu. Skutki irracjonalnych zachowań, szczególnie w skali społecznej, są zawsze fatalne.

 

Gdańsk, 7 grudnia 1988 r. Wywiad autoryzowany w styczniu 1989 r.

 

2. Oczami władzy[8]

 

Analiza wskazuje, że przed drugą częścią X plenarnego  posiedzenia KC PZPR władze PRL dokonały oceny sytuacji i  przyjęły  plan działań na najbliższy czas.

 

I.                    Prawdopodobna diagnoza.

 

1) Mimo wielu socjotechnicznych zabiegów i sztuczek, nie udało się   uzyskać liczącego się poparcia  społeczeństwa  (szczególnie  ze strefy niezdecydowanej, czyli środka),

2) narasta w społeczeństwie niezadowolenie z  warunków  ekonomicznych i pogłębia się przeświadczenie o rozpadaniu się komunizmu,

3) sytuacja staje się niestabilna,

4) nie udało się pozyskać dla linii porozumienia opozycji radykalnej, a wewnątrz „Solidarności” nadal występują silne  tendencje fundamentalne i antyugodowe. Linia Wałęsy i doradców  zaczyna  budzić sprzeciw działaczy „Solidarności”  szczebla zakładowego.

5) doły partyjne odczytują  politykę  Rakowskiego  jako  wyprzedaż  interesów socjalizmu i stopniowe oddawanie władzy przez PZPR,

6) uzyskanie znaczących kredytów zachodnich wisi na  razie  w  powietrzu,

ze względu na niepokojące tendencje gospodarcze w ZSRR i innych państwach bloku może nastąpić konieczność „przykręcenia  śruby” -  trzeba przed tym zdążyć  z  rozegraniem  wariantu  „porozumienia narodowego” i uzyskać sytuację, w której Zachód i opozycja ugodowa na owo „przykręcenie śruby” przymkną oko.

 

II. Prawdopodobne tezy władz.

 

1)                  Wszystkie działania były, są i będą  skierowane  na  umacnianie socjalizmu. Władzy się nie odda nikomu.

2)                  Wszystkie siły propagandowe, socjotechniczne i polityczne należy skupić na uzyskaniu  legalizacji  władzy  w  drodze  wyborów - otworzy to pole do szerszego manewru i pozwoli na bardziej  stanowcze przeprowadzenie reform gospodarczych wzmacniających  obecny system.

 

III. Prawdopodobne wytyczne władz.

 

1) Należy w kilkumiesięcznym terminie skupić  wokół  PZPR  szeroki front  proreformatorski,  zapewniający   możliwość   pozyskania (przynajmniej na krótki czas) szerokich warstw społecznych. W  tym celu trzeba liczyć się z koniecznością oddania dużej liczby miejsc w Sejmie (ok. 40 %) opozycji konstruktywnej.

2) Sprawę „Solidarności” należy rozgrywać w dwóch wariantach:

a)                  kupić kierownictwo „Solidarności” mandatami sejmowymi i uzyskać zgodę na odłożenie legalizacji „Solidarności” na okres po  wyborach,

b)                  połączyć legalizację „Solidarności”  (wyłącznie  na  szczeblu zakładów) z akcją wywołania „euforii  społecznej”,  tworzącej klimat „porozumienia narodowego” - tuż przed wyborami.

3)                  Doły partyjne należy zdyscyplinować (przykład -  rozegranie  II części X plenum) uspokajając równocześnie, że socjalizmu i władzy partia nie sprzeda.

4) W  stosunku  do  ekstremistów  opozycyjnych  należy  zastosować triadę: rozpoznać-izolować-zablokować (z  internowaniem  włącznie). Na to należy uzyskać cichą zgodę  kręgów  proreformatorskich i neutralność Departamentu Stanu [USA], aby nie stanowiło to  przeszkody w konstruowaniu porozumienia narodowego. Ewentualna amnestia  tuż przed wyborami ma być włączona do akcji  budowania  „euforii  społecznej”.

 

/opr. Dział Analiz SW/

 

Źródło: Serwis AISW, styczeń 1989 r.



[1] Jak wiadomo, wyborcy, wbrew apelom „strony solidarnościowej” (np. telewizyjna wypowiedź Lecha Wałęsy z 3 czerwca), nie zagłosowali na tzw. listę krajową PZPR. W efekcie na 35 zagwarantowanych miejsc z „listy” strona rządowa uzyskała tylko dwa, formalnie tracąc stabilną większość w Zgromadzeniu Narodowym (pomimo utrzymania, zagwarantowanej przy Okrągłym Stole, ponad 60 procentowej większości w Sejmie). 8 czerwca Cz. Kiszczak, na posiedzeniu KC PZPR raportował, iż Komitet Obywatelski „Solidarności” „wymusił na swoich prawnikach taką interpretację prawa, która umożliwiała zwrócenie się do Rady Państwa o przyjęcie stosownego dekretu”. 12 czerwca Rada Państwa dekretem zmieniła przed II turą wyborów zasady ordynacji wyborczej, co pozwoliło zwiększyć grupę posłów, posiadających mandat PZPR, do ustalonych 65%. Zmiana ordynacji wyborczej w trakcie wyborów, w związku z nieplanowanym zachowaniem się wyborców, w zwięzły sposób symbolizuje to, na czym polegał świętowany dziś „upadek komunizmu”. Dodajmy dla porządku, iż Cz. Kiszczak był ministrem spraw wewnętrznych do lipca 1990 r., a Służbę Bezpieczeństwa rozwiązano w maju 1990 r., przy czym znakomita większość funkcjonariuszy SB przeszła pozytywnie weryfikację w UOP. Sprawę Operacyjnego Rozpracowania kryptonim „Ośmiornica” (przeciwko Solidarności Walczącej) SB zamknęła w maju 1990 r. Równolegle, F. Siwicki, w stanie wojennym członek WRON, był ministrem obrony w „niepodległej Polsce” równie długo jak Kiszczak. Podległej mu Wojskowej Służby Wewnętrznej (przemianowanej na WSI), pełniącej w latach 80. rolę taką samą jak SB, właściwie nie rozwiązano nigdy, choć zaawansowaną próbę podjęto w 2007 r. W lipcu 1990 r. w Mińsku Mazowieckim kaloryfery w mieście były gorące – okazało się później, iż kotłownia paliła materiały WSW. Zniszczenia dotyczące materiałów przekazanych do gdańskiego oddziału IPN szacuje się na 90%. Nigdy nie przeprowadzono weryfikacji sądownictwa. Pierwsze rzeczywiście wolne wybory przeprowadzono jesienią 1991 r. Nowowybrany Sejm powołał rząd, którego premierem został J. Olszewski. Na ironię zakrawa fakt, iż pamiętne odwołanie rządu odbyło się również 4 czerwca. Pozostaje jeszcze odnieść się do poglądu, iż rok 1989 „zapoczątkował proces odzyskiwania niepodległości”. W rzeczywistości, jeśli już szukać takiej daty, to powinno się prawdopodobnie świętować ogłoszenie przez Gorbaczowa „polityki otwartości”, czyli z 5 lat wcześniej, połączone w Polsce z pojawieniem się „pokolenia 84” (określenie J. Staniszkis) , czyli części „młodych, zdolnych” funkcjonariuszy PRL, których zaczęto wysyłać za granicę na stypendia w celu poznania zachodnich metod zarządzania. I jeszcze wtręt o charakterze wspomnieniowym. Przebywający obecnie w USA wrocławski logik, swego czasu laureat olimpiady matematycznej, który jesienią 1983 r. zjawił się w mieszkaniu mojej mamy z misją reaktywowania trójmiejskiego oddziału Solidarności Walczącej, Andrzej Zarach, wspomina, iż 10 listopada 1987 roku przesłuchujący go oficer twierdząc, że „reprezentuje kontrwywiad wojskowy” i prowadzi rozmowę „na polecenie ministra Kiszczaka”, złożył bardzo konkretne propozycje. Po pierwsze, przewidywał:  „Na wiosnę 1988 będą strajki. Częściowo uzasadnione. Będzie to okazja do zmian w Polsce, do odsunięcia od władzy przeciwników reform społeczno-gospodarczych. Reformatorom potrzebne jest poparcie społeczne. Współpraca z zakładami pracy”. Następnie złożył ofertę: „SW będzie mogła działać jawnie”, wystarczy że z programu usunie „krytykę Związku Radzieckiego i wezwania do rozkładu tzw. imperium”, natomiast „krytyka społeczna i gospodarcza jest na miejscu”, dlatego „SB pomoże zorganizować zebranie działaczy SW, którzy zaakceptują zmiany. Na zebraniu będzie kilku oficerów, którzy przedstawią fakty idące dalej niż krytyka przedstawiona przez SW. SB wyda glejty wskazanym osobom, które w okresie strajków będą miały wstęp na teren wszystkich zakładów. Będą mogli wnosić prasę SW; SB zapewni druk i pomoc techniczną”. Zarach propozycji nie przyjął, choć – o ile pamiętam – była dyskutowana przez Komitet Wykonawczy SW.

[2] Aleksander Sołżenicyn, autor Archipelagu GUŁag, sowiecki dysydent, laureat literackiej Nagrody Nobla.

[3] Andriej Sacharow, sowiecki fizyk i opozycjonista, laureat pokojowej Nagrody Nobla.

[4] Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność” – por. dalszy tekst wywiadu.

[5] Tymczasowa Komisja Koordynacyjna NSZZ „Solidarność” – tymczasowe kierownictwo podziemnej „Solidarności”, powołane w stanie wojennym.

[6] Mowa o odwołaniu strajku generalnego w marcu 1981 r., po pobiciu przez milicję działaczy NSZZ „Solidarność” w Bydgoszczy.

[7] Sowiecka opozycjonistka, w 1968 r. samotnie zaprotestowała na Placu Czerwonym przeciwko inwazji Czechosłowacji przez wojska Układu Warszawskiego, tłumaczka literatury polskiej na język rosyjski.

[8] Tekst ten to próba odtworzenia, na potrzeby wewnętrzne SW, prawdopodobnego stanowiska wyjściowego władz PRL, ich diagnozy sytuacji oraz przyjętej strategii, w kontekście ogłoszonej na X Plenum decyzji przystąpienia do „obrad przy okrągłym stole”.