Kulisy IV Rzeczpospolitej
Rozmowa z prof. Andrzejem Zybertowiczem, socjologiem z Uniwersytetu
Mikołaja Kopernika w Toruniu (interia.pl, 17 października 2007)
- Czy polska demokracja ma charakter fasadowy?
-
Wszystkie współczesne demokracje - w pewnej mierze - mają taki charakter.
Różnią się jedynie stopniem tej fasadowości. W warunkach globalizacji, wpływ na
los obywateli ma ten, kto decyduje o kierunkach największych strumieni
finansowych. Wielkimi zasobami, nie tylko w Polsce, dysponują międzynarodowe
fundusze emerytalne. Nasze władze, chcąc trzymać rękę na pulsie, muszą dla nich
tworzyć takie warunki, żeby zgromadzone tam pieniądze pracowały dla polskiej
gospodarki. A ponieważ mówimy o bytach ponadnarodowych, poszczególne rządy
(nawet najbogatszych państw) mają tylko instrumenty cząstkowej kontroli
globalnych przepływów. Dlatego można mówić, że najważniejsi gracze działają za
fasadą demokracji.
- Wobec tego zidentyfikujmy wprost tych graczy. Powiedzmy, kto naprawdę
rządzi Polską?
-
To niezwykle trudne zadanie. Bo nie wszyscy z tych graczy mają charakter
podmiotowy. Krążenie kapitału giełdowego po świecie w sporej mierze ma
charakter żywiołowy. Nie istnieje jakaś jedna, przesądzająca o wszystkim i
działająca w sposób skoordynowany, grupa inwestorów, którzy mówią: „na giełdę w
Hongkongu wrzucimy tyle, na giełdę w Tokio tyle, a z giełdy w Polsce
przepompujemy na giełdę we Frankfurcie tyle”. To się dzieje w wyniku tysięcy
decyzji mniejszych lub większych inwestorów, którzy częściowo kierują się
automatycznymi decyzjami programów komputerowych obsługujących inwestycje
giełdowe.
- Całe społeczeństwa na łasce programów komputerowych?
-
W jakiejś mierze tak, ale – oczywiście - nie wyłącznie. Bo oprócz tego są
jeszcze działający według swoich planów spekulanci giełdowi, międzynarodowe
koncerny oraz tzw. oligarchowie, czyli osoby, które nie zadowalają się samą
władzą ekonomiczną, ale chcą mieć też wpływ realny, choć zazwyczaj ukryty, na
władzę polityczną i media. Oligarchowie - którzy nie są ani polskim, ani
Kaczyńskim wynalazkiem - dla poszerzenia swoich wpływów korzystają z usług
środowiska tajnych służb.
Wiesław
Walendziek, gdy w 2004 r. odchodził z polityki, udzielił wywiadu, w którym
wskazał, że ma dosyć „niemocy w uprawianiu realnej polityki” w Polsce.
„Polityka, którą widzą wyborcy, jest jak chiński teatr cieni. W niewielkim
stopniu odnosi się do tego, co dzieje się naprawdę w gospodarce i w wielkich
procesach społecznych. Najważniejsze rozstrzygnięcia zapadają poza Sejmem, a
nawet rządem. Sejm jest miejscem głośnych i gorszących sporów - ale tylko
teatrem (...) Najważniejsze decyzje prywatyzacyjne nie są przesądzane przez
czynniki polityczne, ale przez partykularne układy gospodarcze”. Po czym
Walendziak przeszedł na drugą stronę cienia.
- Świat polityki, jako świat kukiełek?
-
Owszem – w sporej mierze. Ale w Polsce od 2005 r. rozgrywa się starcie o
większą podmiotowość konstytucyjnych władz. PiS jest chyba pierwszą ekipą,
która nie zgadza się na sprowadzanie jej do roli kukiełek. Przekaz liderów tej
partii jest czytelny: „Nie będziemy ulegali presji środowiska tajnych służb.
Nie pozwolimy, by nas naciskały, manipulowały, uwodziły, zwodziły. Tajnych
służb użyjemy po to, by prześwietlić świat za kulisami, by sprawdzić, kto próbuje
z nas i z wyborców, zrobić kukiełki”. To chyba miał na myśli Jarosław
Rymkiewicz, gdy w słynnym już wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” mówił: „To
Jarosław Kaczyński i jego ludzie coś teraz ryzykują, usiłują zdobyć jakiś wpływ
na historię”.
To
realna próba odfasadowienia demokracji. Ufam, że PiS jest świadom tego, że
takie odfasadowienie nie może być pełne. Choćby z racji wspomnianej już
globalizacji.
- Przeoranie spec-służb to warunek tego odfasadowienia, czy tylko
wybieg, który ma na celu stworzenie pola do kolejnych, tym razem „naszych”,
zakulisowych działań? Czy w ogóle jest jakaś różnica między służbami
specjalnymi IV i III RP?
-
Poprzednio środowisko tajnych służb stanowiło matecznik wielu patologii. W być
może największej mierze dotyczyło to służb wojskowych. Analizując największe
afery III RP, widać, że przy większości z nich pojawiają się nazwiska
funkcjonariuszy, b. funkcjonariuszy albo tajnych współpracowników służb. Tu
zresztą mamy zarazem odpowiedź na pytanie, dlaczego tajne służby III RP nie potrafiły
tych afer zwalczać. Rozwiązanie WSI, które nigdy przedtem nie były poddane
demokratycznemu audytowi, głębokie reformy w pozostałych formacjach oraz
powołanie CBA, stworzyło nową jakość. Oto, po raz pierwszy, służby mogą być
wykorzystywane do zwalczania patologii, zamiast być ich kreatorem bądź cichym
sprzymierzeńcem. Ta właśnie sytuacja leży u źródeł niepokoju wielu grup
biznesowych.
- Niepokój grup biznesowych to ich sprawa. Ale IV RP niepokoi zwykłych
ludzi. Mnie przeraziło, gdy po zatrzymaniu i zwolnieniu Piotra Tymochowicza,
jakaś policyjna rzeczniczka stwierdziła, że człowiek został co prawda
zwolniony, ale czy jest on niewinny, to się jeszcze okaże... Gdzie zasada
domniemanej niewinności, gdzie poszanowanie dla decyzji sądu? W ten sposób zachowują
się policjanci w państwach autorytarnych...
-
To chyba zrozumiałe, że gdy wielki biznes jest zaniepokojony, gdy ktoś narusza
jego interesy, to uruchamia takie kanały komunikacji, by – grając na ludzkich
obawach, na niepełnej wiedzy - wywołać
takie reakcje społeczne, które zmniejszą efektywność instytucji państwa prawa.
To kolejna odsłona teatru cieni. Nie ma zapewne takiego demokratycznego kraju,
gdzie policja nie przychodziłaby do domów nad ranem, gdzie komuś by nie
zakładano kajdanek. Nie ma demokratycznego kraju, w którym nie istniałaby
przestępczość. Takie działania polskiej policji nie mają w sobie nic
wyjątkowego. Wyjątkowa jest natomiast histeria, jaką próbuje się wokół takich
działań wywołać.
Mówienie
o groźbie autorytaryzmu, to próba sparaliżowania instrumentów władzy i woli
faktycznego rządzenia. Rozumiem, że część opinii publicznej ulega takiej
narracji z powodu, do którego poniekąd i sam się przyczyniłem. Przez wiele lat
przekonywałem, że środowiska post/komunistycznych tajnych służb mogą stanowić
zagrożenie dla demokracji. Opinia publiczna nasiąkała informacjami o obecności
takich osób w życiu publicznym III RP. I gdy wiedzę tę przyswoiła, historia
spłatała figla. Bo oto, po raz pierwszy, tajne służby zostały przez
demokratyczną władzę ujarzmione. Ale ludzie wiedzieli już swoje... Grupy,
których interesy związane z zamówieniami publicznymi czy przetargami zostały
naruszone, postanowiły to wykorzystać. I tak przekonania ukształtowane przez
wcześniejsze patologie wykorzystano do uderzenia w obecne tajne służby.
- Ale przecież to służby IVRP zakładały podsłuchy, nie dawni agenci!
-
Czy udowodniono choćby jeden nielegalny założony przez instytucje państwowe
podsłuch? Nie warto popadać w antypodsłuchową histerię, bo skończy się to tak,
że parlament, w jakimś uniesieniu, mocno ograniczy ich stosowanie. A wtedy
łatwo sobie wyobrazić, że gdy dojdzie do zamachu terrorystycznego, tajne służby
będą się tłumaczyć: „przyleciał do nas terrorysta, mieliśmy informacje o tym z
natowskich służb sojuszniczych, ale ze względu na nowe regulacje, nie mogliśmy
na bieżąco monitorować jego połączeń telefonicznych. I zgubiliśmy go”.
- Owszem. Ale co do tego mają dziennikarze?
-
A kto wywołał temat domniemanego podsłuchiwania dziennikarzy? Czy nie b.
minister spraw wewnętrznych Janusz Kaczmarek, który - w świetle multimedialnej
prezentacji prokuratury - zachował się jak chłopiec na posyłki „najlepszego
płatnika”? Jeśli dziennikarz robi materiał na temat środowiska przestępczości
zorganizowanej, to w którymś momencie wchodzi w kontakt z osobami z takiego
środowiska. Jeśli grupa przestępcza ma założone podsłuchy, to siłą rzeczy
dziennikarz też jest podsłuchiwany. Czy państwo ma wyłączać podsłuch bandycie,
bo dzwoni on do dziennikarza?
- A co w sytuacji, gdy przedmiotem zainteresowania dziennikarza nie są
grupy przestępcze, a mimo to służby podsłuchują jego rozmowy?
-
Ale czy udowodniono, że taki przypadek miał miejsce?
- Takie wnioski płyną z przesłuchania byłego szefa MSWiA przed sejmową
komisją ds. spec-służb.
-
Gdyby PiS posługiwał się argumentami osób tak jednoznacznie niewiarygodnych, to
z miejsca przypięto by mu łatkę oszołoma. Załóżmy, że PO wygra wybory - niech
wówczas pokaże choć jednego funkcjonariusza, który przyzna, że pod presją
pisowskiej władzy zakładał nielegalne podsłuchy...
Na
razie, Polska jako państwo masowych nielegalnych podsłuchów to mit. A mity żyją
własnym życiem. Gdy zakotwiczą się w stereotypach myślowych, już nie muszą mieć
żadnego faktycznego uzasadnienia.
- Mam wrażenie, że takim mitem jest układ. Dwa lata od objęcia rządów
przez PiS, odsądzany od czci oligarcha dostaje państwowe zlecenie na budowę
autostrady. Inni też nie narzekają. Gdzie procesy, skazania?
-
Zadałem to pytanie szefowi jednej ze służb, który udzielił mi obszernej, w moim
odczuciu przekonującej odpowiedzi. W przypadku afer z pierwszych lat
transformacji większość czynów przestępczych uległa przedawnieniu. Są
świadkowie, którzy nawet obecnie są skłonni mówić, ale ich wiedza się
zdezaktualizowała. Dokumenty, które wskazywali, już nie są dostępne, bo
procedury archiwizacyjne umożliwiły ich likwidację. Poza tym pewne
przewłaszczenia robiono rękoma specjalistów przeszkolonych przez tajne służby,
którzy potrafili minimalizować ślady. W innych operacjach wzięły udział osoby
trzecie, trudno więc, w trybie sądowym, dojść do mocodawców.
- Nietykalny układ?
-
Tylko częściowo. Bo gdy kierownictwo państwa ma wolę, to pewne ważne ogniwa
tzw. układu zostaną odsłonięte. Wyrazem takiej właśnie woli jest budowa nowej
tajnej służby, dla środowisk aferowych nieprzenikalnej. Dlaczego b. szef CBŚ i
b. Komendant Główny Policji mówili z taką nienawiścią o funkcjonariuszach CBA?
Bo prawdopodobnie „z tymi gośćmi” nie można sobie popić, oswoić, podesłać im
panienki, zneutralizować starymi sztuczkami...
- Myślę, że to przesada. Że idzie tu raczej o „normalną” zawiść między
różnymi służbami.
-
A ja sądzę, że to jest zawiść między środowiskiem ludzi „układnych”, z którymi
zawsze można się dogadać, a tymi, którzy wierzą, że Polska może być nowoczesnym
krajem bez garbu post-agenturalnych patologii. Ale wracając do pytania –
dlaczego PiS, mając policję, służby, prokuraturę, tzw. układu w pełni nie
namierzył? Otóż PiS przychodząc do władzy, nie objął sprawnego aparatu państwa
- skutecznej policji, prokuratury, sądownictwa, etc. Należało reformować
prokuraturę, sądownictwo, jedne służby rozwiązać, inne powołać, jeszcze inne
istotnie przebudować. Obecna władza objęła instrumentarium rządzenia, które
przez lata nie było używane do zwalczania patologii wcale albo na pół gwizdka –
instytucje skorodowane, częściowo skorumpowane i bez woli walki w zwycięstwo z
najpoważniejszymi schorzeniami. Bez wiary w to, że z układem można wygrać. „Na
układy nie ma rady” - ta formuła powszechna od czasów PRL, była elementem
mentalności sporej części policjantów,
prokuratorów i także funkcjonariuszy tajnych służb.
- Dlaczego PiS nie cieszy się poparciem społecznych elit?
-
W wyniku zmasowanej propagandy potrafiono sporej części inteligencji wmówić, że
PiS szkodzi Polsce. Ale samo kierownictwo PiSu nie jest tu bez winy. Liderzy
PiS zapewne przyjęli założenie, że nie są w stanie zjednać sobie wszystkich
wyborców. Postawili więc na elektorat, który najbardziej na transformacji
stracił, do którego łatwiej trafić i który stanowi większość. To przesunęło
przekaz pisowski w stronę argumentacji populistycznej. A posługiwanie się
językiem populistycznym zraziło część inteligencji.
Ale
PiS nie spisał się dobrze również w polityce kadrowej. Nie był w stanie
zdefiniować i odróżnić dwóch obszarów: pierwszego - kluczowych instytucji
politycznych, które obsadza się osobami zaufanymi oraz drugiego: instytucji
mniej kluczowych, choć ważnych, gdzie wprowadza się na szeroką skalę konkursy.
- Syndrom BMW – Bierni, Mierni, ale Wierni?
-
Częściowo tak. Ale nieprzygotowanie nowych kadr nie wynika jedynie z ich
niezbyt wysokiej jakości. To efekt wieloletniego niedopuszczania osób ze
środowisk niepodległościowych do najważniejszych instytucji państwa. Ci ludzie
nie byli „przetarci”, nie mieli/nie mają doświadczenia w pracy
administracyjnej. Ale to nie brak doświadczenia jest największym kłopotem – na
dłuższa metę decyduje zdolność uczenia się. Niestety, w niektórych przypadkach
ważne stanowiska obsadzono ludźmi, pozbawionych zdolności pracy nad sobą. I to,
przyznaję, jest prawdziwy kłopot...
Na
swoje usprawiedliwienie premier Kaczyński zapewne powiedziałby, że funkcjonował
w warunkach oblężonej twierdzy. Że nieustannie atakowany, celowo nie podejmował
ryzyka kadrowego, by dawać kluczowe stanowiska ludziom z konkursów. Że bezpieczniej
było przyjąć kryterium lojalności.
- Marne to usprawiedliwienie, skoro premier sam generuje kolejne wojny.
Wybiera zarządzanie przez konflikt, nie konsyliację.
-
Różnimy się postrzeganiem tego, co jest przyczyną, a co skutkiem. Moim zdaniem,
premierostwo Kaczyńskiego stało się pasmem niemal nieustannego zarządzania kryzysowego, bo ciągle
podkładano miny pod jego rząd.
- Wróćmy do niechęci ze strony elit. Moim zdaniem ogromne znaczenie ma
tutaj sojuszem z ojcem Rydzykiem, koalicja z Lepperem i Giertychem. Czy mając
na ustach hasła rewolucji moralnej można wikłać się w tak podejrzane sojusze?
-
Ostateczną ocenę da historia. Dzisiejsze oceny formowane są w cieniu kampanii
wyborczej, w cieniu ostrej walki politycznej. Ale może za 10 lat grupa historyków
bez afiliacji partyjnych, z większą niż my dzisiaj wiedzą, wyda niezależną
opinię. Ma rację Marcin Król pisząc niedawno, że nie sposób uprawiać polityki,
nie wchodząc w sojusz z diabłem. Załóżmy, że Kaczyński by w taki sojusz nie
wszedł, a rząd mniejszościowy upadł po pół roku konwulsji. Pojawiłyby się
zarzuty, że prawica marnuje szanse, że wykazuje się niezdolnością do
elastycznego działania.
- Ale czy było warto?
-
Uważam, że historycy orzekną kiedyś, że likwidacja WSI doprowadziła do
zamknięcia istotnej luki w systemie bezpieczeństwa państwa. I już z tego tylko
powodu warto było...
- Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał:
Marcin Ogdowski